zapach-kobiety blog

Twój nowy blog

Chciałam odpisać w Księdze, że nie N.I.C i nawet odpisałam, ale – ku mojej rozpaczy – jestem zalogowana w jakiejś szkole i pokazało się moje zdjęcie obok odpisania. Więc i komentarz i wszystko wykasowałam szybko i sprawnie.

Więc piszę tu. Że nie N.I.C. Żyję, jestem, oddycham, problemy mam podobne, choć lat o prawie dwie dekady więcej. I nawet chciałam do pisania wrócić. No ale mój kompletny brak ekshibicjonizmu ma z tym problem. Pewnie wrócę do pisania do_się.

Fajnie, że ciagle jesteś. Przez te wszystkie lata.

M.

Jak patrzę sobie z perspektywy czasu na ten ostatni rok, to naprawdę nie wiem, jak mi się udało, że mi się udało. Gdybym miała cofnąć czas i wylądować w kwietniu 2010, to bym się natychmiast położyła na torach i grzecznie poczekała, że mnie pociąg przejedzie. Co by przez to wszystko nie przechodzić raz jeszcze. Zostawiłam pracę, straciłam złudzenia i zamilkłam do osób, co mi były najbliższe.


No to sobie patrze na to wszystko z tej perspektywy i dobrze się stało, jak się stało. Mam o osiem nieb lepszą pracę, złudzeniami nie ma co żyć, a tych co milczą, to raczej źle wybierałam na osoby bliskie. Choć strach przez życiową pustką ciągle mi w uszach huczy. Nic to, i ten huk oswoję. 


Choć aktualnie też w sumie nie jestem w najlepszym życiowym momencie. Bo muszę zmienić opony i garderobę. Miesiąc z życiorysu jak nic na przenoszenie wieszaków wte i wewte. 


W sumie to już stara baba jestem, a ciągle jeszcze czuję się jakaś taka życiowo głupia.


Nosz kiedy

Brak komentarzy

Czas mija nieubłaganie. Zarzuciłam bloga, zarzuciłam pisanie pamiętników, swego czasu zarzuciłam życie. Nie wiem, gdzie biegłam i po co, ale dałam sobie z tym spokój. W ogóle daje sobie dużo spokoju.

 

Kolega mnie dzisiaj zapytał, czy dalej hoduję koty. Całkiem to śmieszne w kontekście moich trzech dachowych obdartusów, ale owszem nadal pozwalają mi z sobą mieszkać. Tak więc hoduję koty, przesadzam kwiaty, przemeblowuję pokoje. Dodatkowo mam sto pomysłów na minutę i bardzo usilnie staram się być lotosem na tafli jeziora. W sensie, że najpierw trzeba pomysł przemyśleć, potem go wdrażać. Działanie na opak jest wysoce niewskazane, bo generuje w człowieku dużo zupełnie niepotrzebnych ruchów. Kochana Redakcjo, czy to jest starość? Oszczędność w wymachiwaniu rękoma oraz w podskokach. 

 

Chociaż nie, starość to jest coś innego. Starość jest wtedy, jak leżymy z Ewką na materacu, obaliłyśmy dwa wina, dwa kolejne się mrożą i bardzo bardzo chętnie byśmy się nastukały, bo jesteśmy nieprzyzwoicie trzeźwe. No więc byśmy te dwa wina jeszcze wypiły, tylko nie chce się nam pić. Już nie, że wino ma niepotrzebne kalorie, a w pewnym wieku trzeba dbać o linię. Nie, że trzeba po nie iść, a podłoga jest jak falujący pokład. Po prostu nie chce nam się pić. Ja nie wiem, mam nadzieję, że to dlatego, żeśmy się tego dnia przepiły i przejadły. Tylko to ratuje nam honor.

 

No i wyleczyłam złamane serce. Owszem – miałam wizję ogródka, domu i gotowania obiadów. Ale już jej nie mam. Obiekt wizji z chęcią jeszcze by mi podłubał paznokciem w wątrobie, ale ja już nie chcę. Co jest kolejnym objawem starości, bo Kochana Redakcjo, kiedy się wydarzył ten moment, że mi się zracjonalizowała emocjonalność? Nosz kiedy…?!


Koty nadal mam, nie mam natomiast chłopaka. Podanie tych wiadomości w jednym zdaniu jest na tyle istotne, że miałam alternatywę: narzeczony albo czworonogi. Wybrałam te moje trzy pyskadła i to nie dlatego, że jestem zadeklarowanym zoofilem. Myślę, że gdybym została posadzona na kanapie i postawiona przed wyborem „albo my albo ten pan co tu przyłazi”, to bym spakowała kuwety, łopatki, myszki, drapaki i karmę dla alergików (no niestety, mamy w naszej wesołej gromadce alergika, co na kurczaka, indyka, białko, pszenicę, konserwanty i sto innych rzeczy reaguje PADACZKĄ…) Więc bym to wszystko spakowała, a kotom pokiwała na dowidzenia. 

I znów jestem do wzięcia. Szacując wcześniejsze doświadczenia, to pewnie na następne półwiecze. 
 

Poza tym doszłam do wniosku, że mam za dużo wolności. Za mało muszę, za dużo mogę. I uwaga, uwaga, Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego, zaczęło mi to przeszkadzać. Człowiekowi to się nie dogodzi, przysięgam. No to zaczynam w poniedziałek pracę. Taką co trzeba chodzić do biura, dają auto i jest się bardzo poważna panią, co się spotyka z bardzo poważnymi panami. I o ile w zeszły piątek, to ja się bardzo cieszyłam i w ogóle cud_miód, to dzisiaj mi każdy plus umyka. Każdy. No dobra – jeden się ostał. Że mam większą szansę na męża. Męża Szweda. A ja bardzo proszę, mogę męża Szweda mieć. Chociaż, jak przeczytałam komentarze do notki Pierwszej, to ja nie chcę chyba mieć męża nigdy.

Czytam ostatnie notki i myślę sobie, że życie mi zatoczyło od marca całkiem sporych rozmiarów krąg. Jezu, od marca. To ja już od marca nic nie pisałam? Dziwnie. 

Ze zmian fundamentalnych, to jestem starą panną z kotami. Ściślej rzecz biorąc TRZEMA kotami. Pojechałam do schroniska po dwa, ale trzeciego akurat przywieźli. Dzikiego, przerażone i trzęsącego_się. To wzięłam całą radosną trójkę. W sumie co za różnica czy będą dwa czy trzy. Mamie powiedziałam „Właśnie zostałaś trzykrotną babcią”, a grobowa cisza po drugiej stronie słuchawki nasunęła mi przypuszczenie, że chyba się wyraziłam dość NIEOPATRZNIE.
 

Koty wiszą na mnie, demolują mieszkanie i bankrutują mój miesięczny budżet. Jedzą lepiej niż ja sama i pyskate są przeokrutnie. 
 

Poza tym mam chłopaka, co w samo sobie zasługuje na news dekady. Albo trzech dekad. Chłopak to taki chłopak_na_poważnie. Agata ani przez pół sekundy nie wątpi, że raz_raz będzie ślub. Mnie osobiście też wydaje się to zupełnie naturalnym krokiem, więc spokojnie można powiedzieć, że świat stanął na głowie. Co ważne w ramach cech charakterystycznych chłopaka, to nie jest on chłopakiem na odległość. Oraz nie ma żony. Ani pasji demolującej relacje międzyludzkie. Wzmianka o pasji jest na tyle istotna, że mój poprzedni chłopak najpierw miał pasję, potem miał pasję, potem miał siebie, potem swoje plany, potem jogurt w lodówce, potem bałagan w pokoju, potem pracę, której nie lubił, później dziurę w dżinsach a na końcu miał mnie. Nawet nie zamierzam pisać, jak uskrzydlająco wpływało to na moje poczucie, że jestem królewna.

Kropka

Brak komentarzy

Chyba powinnam dodać jakąś kropkę albo cokolwiek innego co by mi bloga nie skasowali. To dodaję.

Ku mojemu, nieomal skrajnemu, zdziwieniu okazało się, że a i owszem posiadam jeszcze coś takiego, co się szumnie zwie emocje. Zgodnie z teorią, że to co nieużywane zanika, powinno ich nie być już od kilku dobrych lat. A tu bach taka niespodzianka. Zapewne nic z tego nie będzie, choć Agata mówi, że mam tak nie mówić.

 

Oprócz tego powiedziałam w piątek do klienta na do widzenia „papa”. Jak kończyliśmy rozmowę telefoniczną. Taką dopinającą projekt; taką w stylu wyślę panu umowę, bo jestem taka mądra, że umiem ją napisać. Gdybym miała czas, to na pewno kolejne pięć minut waliłabym głową w biurko. A tak to tylko mam nadzieje, że nie usłyszał. Albo nie zapamiętał.

 

I idę od jutra na dietę. I będę się na niej trzymać bardzo_bardzo dzielnie. I właśnie dlatego postanowiłam pozbyć się dzisiaj wszystkiego niedietetycznego, co mam w domu. Więc od dziesiątej tylko jem i jem.

Pytanie za sto punktów – gdzie właśnie siedzę i dlaczego w biurze. Pytanie drugie – co zrobię od_razu_po_powrocie do domu i dlaczego pójdę spać. Pytanie trzecie – który to dzień z rzędu i dlaczego już przestałam liczyć. 

Można się zastanawiać, jak w tym aspekcie czuje się moje życie prywatne. O emocjonalnym nie wspomnę. Zresztą o prywatnym też nie będę wspominać, jako że ani jednego ani drugiego aktualnie nie posiadam.

Posiadam za to listę spraw do zrobienia jutro. Spraw się z zebrało trzydzieści cztery poczynając od „zadzwoń” a kończąc na „napisz dziesięciostronicową ofertę”. W międzyczasie załatwiania tych spraw będę na czterech spotkaniach poza biurem i dwóch w biurze. Każde zajmuje średnio po godzinie plus pół godziny na dojazd i pól na powrót. Więc na osiem godzin pracy będę na dziesięciu godzinach spotkań_i_dojazdów oraz załatwię z czterdzieści pięć spraw, bo przypomni mi się jutro kolejne jedenaście.

Czy na sali jest jeszcze jakiś cyborg? Bo się właśnie poczułam z lekka samotna.
 

Poza tym miałam w sobotę spotkanie klasowe klasy z podstawówki. Moja szkolna miłość ma żonę i dziecko plus drugie w drodze. Bez sensu. Dodatkowo szkolna miłość prezentuje się absolutnie zniewalająco – na tyle, że podoba się i mi i Agacie, a my z Agatą jeszcze NIGDY nie wzdychałyśmy do tego samego faceta. Więc kwestia prezencji również jest bez sensu. Żeby nie było za łatwo, szkolna miłość jest ciepły, inteligentny i bardzo mnie lubi. Przebardzo. No i przy tych wszystkich ochach i achach to on jest fotogeniczny, a ja wyszłam na zdjęciach jak zardzewiała radziecka łódź podwodna.

I chyba pójdę do domu, bo już nic mi się nie chce.  

Ostatnimi czasy stałam się zen w kwestii „czy samolot, którym lecę rozbije się, czy też nie”. Nie wzrusza mnie również pięć międzylądowań. Oraz chybotanie na prawo i lewo nad taflą oceanu. No naprawdę luz. Najbardziej irytującym aspektem ciągłego podróżowania jest to, że mnie ustawicznie nie ma, co z kolei skutkuje tym, że mam ustawiczne zaległości, co ma swój finał w siedzeniu w pracy do późnej nocy.

Najbardziej zastanawia mnie to, jak ja, która z taką lekkością opuszczałam kierat w postaci od_dziewiatej_do_siedemnastej dałam się WŁASNYMI RĘCAMI i za własne pieniądze, ale o tym wolę nie pamiętać, no więc jak ja dałam się zaprząc w od_dziewiątej_trzydzieści_do_dwudziestej_drugiej. Naprawdę czasami to nie mam instynktu samozachowawczego za grosz.

A tak w ogóle to nie wiem, czy jeszcze wiem, jak się pisze bloga, bo już go nie pisałam kilka dobrych miesięcy. W ramach których niewiele się zmieniło, oprócz tego, że pracuję więcej, niż pracowałam, ale o tym było w poprzednim akapicie. Męża jak nie miałam tak nie mam, dodatkowo z pewną nieśmiałością podchodzę do zagadnienia, czy ja to chcę mieć dzieci. Aczkolwiek wczoraj w hotelu odkryłam bardzo przydatny aspekt posiadania potomstwa – jest kogo wysłać po zapomnianą w recepcji wodę. Innych pozytywów na razie nie zanotowałam, jestem natomiast na etapie podliczania ile taki dzieciak kosztuje od urodzenia do dorosłości i dochodzę do wniosku, że wychodzi co miesiąc nowy MontBlanc. A ja MontBlanc’i naprawdę bardzo lubię.

W ramach zmian, to ścięłam włosy. Jak je wyprostuję i dam się uczesać, to jestem zemsta boga na mężczyznach. Jak nie wyprostuję i się sama uczeszę, to wyglądam jak pięciolatka. I nie muszę wspominać, jaki mam wtedy poziom frustracji.

Koniec

Brak komentarzy

Skończyło się. Tak po prostu. Zawsze myślałam, że będą żałobne pieśni. Że z nieba pospadają wszystkie gwiazdy. Że nad głową przejdzie mi złowieszcza burza.

Myślałam, że na zawsze zapamiętam ten dzień, kiedy się skończy.

A jak jest? Jest tak, że się skończyło, a ja nawet nie pamiętam kiedy.


  • RSS